Hermann Hesse, Wilk stepowy [recenzja]

W latach 60. XX wieku w Stanach Zjednoczonych na pozostałościach kultury beatników zrodziła się nowa „religia” wolności, czcząca seks, narkotyki i pokój. Hippisi maszerowali pod znakiem pacyfy, wyśpiewując swe protesty przeciw wszystkiemu temu, czemu tylko można było się buntować. I jak każda religia potrzebowała własnej świętej księgi – i nadszedł czas „Wilka stepowego”.

Nieodłącznym punktem ideologii hippisowskiej była fascynacja wschodem i jego mistyką, którymi była przepełniona większość książek Hessego (obeznanego od dziecka z myślą orientu) – prócz „Wilka stepowego” (1927), w którym bardziej skupia się na innych aspektach rzeczywistości, co ciekawe i zarazem paradoksalne. Hermann Hesse tworzył swoje dzieło pod mocnym wpływem psychoanalizy, co odzwierciedla symboliczna figura wilka stepowego – dzika natura tkwiąca w człowieku, „dionizyjski bóg nieświadomości” domagający się zaspokojenia elementarnych potrzeb. Rodak Hessego, Thomas Mann, reprezentował inne podejście do kultury orientu, a mianowicie nieufność i niechęć, która przybrała w Czarodziejskiej górze (1924) formę pejoratywnego określenia „wilk stepowy” (sic!) synonimicznego ze „wschodnią dzikością” lub „nieokrzesaniem”.

Z Harrym Haller’em (alter ego samego H.H.) przesiadujemy w knajpach, zwiedzamy mieszczański salon i odwiedzamy „Teatr dla obłąkanych” (w języku niemieckim magische Theater [sic!]), słuchając rozważań bohatera na temat upadku sztuki, złożoności duszy czy też setek dusz, popijając wino, a wszystko to okraszone halucynacjami naszego poczciwca. Spotykamy wiele ciekawych i ekscentrycznych postaci, jak enigmatyczna Hermina o skłonnościach autodestrukcyjnych czy jej kochanka, Pabla. Złożoność narracyjna i kompozycyjna powieści wpisuje się w tradycję europejskiego modernizmu i jego walki ze schematem.

Sam Thomas Mann był zachwycony powieścią swojego najlepszego przyjaciela (obaj pisarze uważali, że to właśnie ten drugi jest największym pisarzem od czasów Goethego), porównał ją pod względem eksperymentatorskim do „Ulissesa” Joyce’a i „Fałszerzy” Gide’a, choć do opinii poczciwego patrycjusza należy mieć pewien dystans, gdyż cokolwiek napisał jego kolega po piórze, to przyjmował z ogromnym entuzjazmem i animuszem (i vice versa).

This entry was posted in Recenzje and tagged . Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>